Zdrowie

Położna. 3550 cudów narodzin

Wpadła mi w ręce w Empiku, w dziale „Poradniki” gdzie szukałam stosownych poradników dla siebie jako przyszłego rodzica. Leżała na samym początku, albo końcu w zależności od punktu widzenia. Ostatnia. Pięknie wydana. Na zdjęciu urocza kobieta trzymająca w zadbanych dłoniach, maleństwo. Pomyślałam sobie: trzyma w nich dziewczynkę – taką jak moja przyszła córka. Maleńką. Ciemny łepek włosków. Na odwrocie książki przeczytałam kilka sympatycznych recenzji, można też poczytać na stronie doktor.waw.pl.

– Jak mogę jej nie znać? – zapytałam w myślach samą siebie.
– Powinnam przeczytać, choćby po to by móc się na jej temat wypowiedzieć – doszłam do wniosku.

I tego dnia zabrałam książkę ze sobą. Zaczęłam czytać jeszcze w autobusie. W połowie drogi straciłam orientację gdzie jestem. Wciągnęła mnie. Opisywała tak bliskie mi odczucia. Wywoływała uśmiech, zainteresowanie, wzruszenie. Wciągnęła mnie jak nigdy wcześniej żadna inna. Napisana pięknym językiem, z prostotą, lekkością. Zazdroszczę. Ale przede wszystkim wcale nie lukrowana, bardzo prawdziwa. Mądra i odkrywcza. Nie ma w niej miejsca na przesadę czy zbytnią adorację swojej osoby, jeśli już to adorację pracy położnej, a ta na to niewątpliwie zasługuje.
Cudowna – bo o mojej pracy.

W domu czytałam i czytałam, aż zastała mnie pora spania, a mój mąż zdążył w tym czasie obejrzeć dwa filmy. Masował mnie po obolałym kręgosłupie, a ja co rusz przerywałam mu film żeby podzielić się jakąś refleksją.

Dużo tych refleksji. Wspaniale było móc przeczytać opowieść także o tym jak było kiedyś. Kiedy sama się rodziłam. Wspaniale,  bo zdobywałam arsenał wiedzy ale i przerażająco.  Przeżycia kobiet  z tamtych lat bywają traumatyczne. Obchodzono się z nimi bardzo okrutnie. Niegodnie. Mogę jedynie mieć nadzieję, że nie ma już miejsc w których wygląda to wciąż podobnie.

Jedno tylko zmieniło się na gorsze – wzajemne poszanowanie wśród współpracowników. Taka zwykła koleżeńska uprzejmość. Autorka opowiada jak po swoim porodzie, sama w pierwszej kolejności przed innymi pacjentkami, została przewieziona z korytarza na salę, co wywołało ich nagłe, ale niezbyt długo trwające oburzenie. Koleżanka zareagowała szybko i dobitnie, tak aby zrozumiały, że uczyniła tak ze względu swoją ciężko pracującą na tym oddziale współpracownicę, której należy się to miejsce i pierwszeństwo. Ucięła w ten sposób sypiące się obelgi. Obecnie choć oczywiście swój oddział traktuje się jak rodzinę, poza nim nie mamy co liczyć na jakieś ulgi, dobre traktowanie czy większą dozę życzliwości.

Pamiętam oburzenie jednej z kobiet, gdy przyjęto mnie na izbę przyjęć swojego oddziału przed jej kolejnością i moje uczucia, gdy bojąc się, że jest coś nie w porządku, marzyłam by jak najszybciej znaleźć się pod opieką, a jednocześnie tak bardzo było mi wstyd, że zostałam poproszona przed nią.

Możliwość komentowania Położna. 3550 cudów narodzin została wyłączona

Mam na imię Piotrek.